Test Renault Megane GT-Line. Niebieski, dość szybki

Zapanowała ostatnio jakaś moda na wersje usportowione. Nie, nie topowe hothatche, raczej – można powiedzieć – warmhatche. Czyli nie GT, RS, ST itd. tylko na przykład GT-line. I to „line” jest tu słowem kluczowym. Bo samochód nie jest jakoś szczególnie mocny, a do wersji naprawdę sportowych, mających dobrze ponad 200 KM, wręcz sporo mu brakuje. „Line” zatem to słowo wskazujące na wersję wyposażenia, która do hothatcha ma po prostu nawiązywać. Te samochody to taki „korpus aspirantów” – mają się wyróżniać, a kierowcy dać trochę lepsze wrażenia niż auto zupełnie seryjne.

Polega to na ogół na dołożeniu kilku sportowych akcentów, jakiegoś spoilera, większych kół czy bardziej sportowej kierownicy. Niektórzy producenci idą dalej, wprowadzając drobne zmiany w zestrojeniu zawieszenia i oprogramowaniu. Renault w modelu Megane GT-line ograniczyło się do dodatków, ale też i niewiele więcej musiało zrobić, aby Megane z najmocniejszym dostępnym silnikiem (poza wersją RS, oczywiście) naprawdę sprawiało wrażenie auta o sportowych aspiracjach.

Dla porządku dodam, że wkrótce GT-line zniknie z oferty, w modelu poliftowym zastąpi ją… RS-line. Bo też i wersji GT już nie będzie. Sportowe Renault mają nosić oznaczenia RS i tyle. W sumie logiczne.

Jak to wygląda?

Renault Megane GT-line zatem wyróżnia się wizualnie: sportowe zderzaki, niewielki dyfuzor z tyłu, końcówka rury wydechowej o większej średnicy. Do tego osiemnastocalowe felgi i piękny niebieski lakier. Wewnątrz w oczy rzucają się przede wszystkim opcjonalne sportowe fotele, faktycznie niemal takie, jak te w prawdziwym RS. Pokryte są alcantarą, mają ozdobne niebieskie wstawki – to zresztą kolor mocno akcentowany wewnątrz: przeszycia, wstawki na desce i drzwiach, nawet podświetlenie. Same fotele są bardzo mocno wyprofilowane, z wysokim oparciem i stałym zagłówkiem. Naprawdę doskonale się w nich siedzi, kierowca czuje, jak samochód „otacza” go dając pełną kontrolę. Jedyna wada to skokowa regulacja oparcia. Niewygodna i średnio dokładna, w roku 2020 już po prostu denerwująca. Renault jednak trzyma się jej z uporem godnym lepszej sprawy.

W dzisiejszych czasach za sportowy akcent można też uznać normalny hamulec ręczny. Krótka, wygodnie umieszczona dźwignia aż zachęca, żeby użyć go, hmm… zgodnie z przeznaczeniem. Wiemy o co chodzi, ale – co oczywiste – tylko poza drogą publiczną i tylko w sytuacji, gdy na pewno nie stworzymy najmniejszego choćby zagrożenia.

Jak jeździ?

Reszta to po prostu Megane: pionowy środkowy ekran, pokrętła do sterowania klimatyzacją i kilka przycisków do sterowania najważniejszymi funkcjami (w tym wyłączaniem systemu start-stop). Do wyboru jest kilka trybów jazdy, które dodatkowo można jeszcze skonfigurować pod własne wymagania. Dla wersji Megane GT-line najwłaściwszym jest oczywiście Sport, chociaż w trybie Comfort też da się pojechać. Jednak trybu Eco jak zwykle nie polecam. Spalanie wcale nie spada zauważalnie, a praca skrzyni biegów (dwusprzęgłowej EDC) odbiera całą przyjemność z jazdy, wymuszając zmiany przy bardzo niskich obrotach. W pozostałych trybach skrzynia szybko uczy się stylu jazdy kierowcy, a w sportowym doskonale reaguje na mocniejsze przyciśnięcie gazu, ciągnąc niemal do czerwonego pola obrotomierza. Tyle tylko, że zużycie natychmiast wzrasta do ponad 10 litrów. Przy spokojnej i płynnej jeździe Renault Megane potrzebuje około siedmiu.

A skoro mowa o wersji choć trochę usportowionej, warto wybrać najmocniejszy z dostępnych wariant, czyli silnik 1.3 TCe o mocy 160 KM. Ta jednostka napędowa będzie wkrótce równie popularna co stary, dobry 1.5 dCi. Odnajdziemy ją we wszystkich prawie modelach Renault, w Dacii, Nissanie i Mercedesie. 1.3 TCe to bardzo nowoczesna konstrukcja – bezpośredni wtrysk paliwa pod bardzo wysokim ciśnieniem nadaje jej charakterystyczny sposób pracy. Ktoś, kto wsiądzie do samochodu z tym silnikiem po raz pierwszy, może pomyśleć, że to diesel z common railem. Ale to silnik benzynowy jak najbardziej, wygląda zresztą na to, że te 160 KM to jeszcze nie jest szczyt jego możliwości. W normalnej, codziennej jeździe i tak trudno je wykorzystać.

W Megane GT-line nie ruszano nastawów zawieszenia, po prostu nie było takiej potrzeby. Ten akurat model nie jest miękki i bujający jak niektóre francuskie samochody (tak, niektóre Renault też). Nie jest jednak przesadnie utwardzony, mimo to prowadzi się precyzyjnie, informując o nierównościach, ale wybierając je na tyle sprawnie, że żadne szczególne reakcje kierowcy nie są potrzebne.

Czy zatem warto?

O co zatem chodzi z tą modą na wersje usportowione? Cóż, być może takie zwyczajne, nawet bardziej komfortowe, przeznaczone są dla tych, którzy muszą jeździć samochodem. A takie, jak GT-line dla tych, którzy jeździć lubią. To duża różnica. Za to warta dopłaty, bo Megane GT-line z silnikiem 160 KM to wydatek 120 tysięcy złotych. Bez kilku opcji, które tę cenę mogą jeszcze podnieść. Tylko, że nie wszystkie są potrzebne. Fotele sportowe, większe koła – to oczywiste, ale już mechanicznego ręcznego nie ma po co zastępować elektrycznym. Trochę sportu musi być…

Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: Paweł Bielak

Nasze pozostałe testy znajdziecie tutaj.


Jeśli podoba Ci się to co robimy, to możesz nas wspierać za pośrednictwem serwisu PATRONITE, uzyskując dostęp do dodatkowych materiałów i atrakcji. Dla wspierających fanów przewidujemy między innymi: dostęp do zamkniętej grupy na facebooku, własny blog na naszej stronie, gadżety, możliwość spotkania z naszą redakcją, uczestniczenie w testach. Zapraszamy na nasz profil na PATRONITE.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *