Rule, Britannia? Mini Countryman Cooper S All4 – test

Brytyjskie poczucie wyższości przez stulecia mocno wkurzało połowę świata. Tę połowę, naturalnie, która akurat do Brytanii nie należała. Dzisiaj imperium kończy się na kanale La Manche, ale umiejętność wkurzania Brytyjczykom pozostała. Oddać im jednak należy, że znaczna część tego wkurzenia bierze się z braku umiejętności zrozumienia specyfiki brytyjskiego poczucia humoru.

Mini to już nie malutki samochodzik

Mini, pierwotnie Morris Mini, od zawsze wydawał się być surrealistycznym dowcipem. Malutki samochodzik, mieszczący czterech panów w melonikach (oraz ich teczki) stał się symbolem Brytanii równie łatwo rozpoznawalnym jak fish and chips. I tak jak dzisiejsze imperium istnieje już tylko na mapach przy Downing Street 10, tak Mini nie jest już ani Morrisem, ani Mini, ani brytyjskie. To submarka BMW, co prawda produkowana w angielskim Cowley, ale zaprojektowana całkowicie przez Niemców. Mini Countryman zaś to już absolutne pomieszanie z poplątaniem, jest bowiem crossoverem, i to całkiem sporym. Wszystko razem sprawia wrażenie kolejnego skeczu Monty Pythona.

Very British?

Zapewne w ramach hermetycznego dowcipu znakiem rozpoznawczym Mini Countryman jest Union Jack, brytyjska flaga. Jej motyw jest wszędzie: w tylnych światłach, w zagłówkach, na fotelach. Im bardziej samochód krzyczy, że jest Very British, tym bardziej przypomina, że w dowodzie rejestracyjnym ma wpisane BMW. Trudno też wykluczyć, że w przyszłym roku trzeba będzie zorganizować przyspieszony facelift, jeśli Szkoci naprawdę zdenerwują się na tyle, by opuścić pobrexitową Brytanię. Z flagi zniknie wtedy krzyż św. Andrzeja, a niewykluczone, że i tło trzeba będzie zmienić z niebieskiego na białe. Pytanie, czy „bloody Germans” w nowej rzeczywistości w ogóle zechcą się jeszcze w utrzymywanie marki bawić. Gdyby nie, zawsze mogą ją sprzedać Hindusom. Tylko zamiast Union Jack będzie wtedy bóg Sziwa…

Wnętrze

Wnętrze Mini to kwintesencja niemieckich wyobrażeń o tym, jak powinien wyglądać brytyjski samochód. Do środka upchano więc wszystko, co uznano za „Sehr Englisch”. Efekt jest, łagodnie mówiąc, eklektyczny, a momentami groteskowy. Owszem, ładne to, pomysłowe i dobrej jakości, ale forma przeważa nad treścią zdecydowanie. Mamy więc nawiązanie do klasycznego Mini, czyli ogromny, okrągły wyświetlacz na środku. W prawdziwym Mini był tam po prostu prędkościomierz, umieszczony tak z oszczędności – przy zmianie strony kierownicy nie trzeba było go przekładać. W nowym Mini jest to centralny ekran obsługujący nawigację, multimedia, telefon itd. A jego oprawka to świetlny okrąg mieniący się pastelowymi kolorami godnymi kapeluszy Jej Królewskiej Mości. Może więc być czymś w rodzaju obrotomierza, może wskazywać „bicie serca”, cokolwiek autor miał na myśli, bądź też po prostu być kolorowym dodatkiem.

Wskaźniki

Prawdziwe wskaźniki umieszczone są za kierownicą, inteligentnie, bo na kolumnie. Przesuwają się więc wraz z nią, ułatwiając odczyt. Na tym niewielkim ekraniku znajdują się cyfrowy prędkościomierz, otoczony z lewej strony obrotomierzem, a z prawej wskaźnikiem poziomu paliwa. Na dole wyświetlacz wskazań komputera pokładowego, w tym na przykład temperatury płynu chłodzącego. Nie jest to dobrze widoczne, ale na szczęście head-up display ratuje sytuację.

Włączniki są typowo dla nowego Mini zgromadzone pod centralnym ekranem w formie „lotniczych” przełączników. Wygląda to rewelacyjnie, ale ergonomia trochę kuleje. Opisy (te na panelu sterującym klimatyzacją zresztą też) są bardzo malutkie, a same przełączniki trudno obsłużyć w rękawiczce. Nie ma podgrzewania kierownicy, więc zanim rękawiczki będzie można zdjąć, trochę czasu upłynie. Niewiele dobrego można też powiedzieć o fotelach. Są ładne, zaopatrzone, a jakże,  w Union Jack, ale niewygodne. Nie pomaga nawet wysuwana przednia część siedziska… Dobrym pomysłem jest za to uchwyt do telefonu z bezprzewodową ładowarką umieszczony w podłokietniku. Dzięki temu telefon jest zamocowany, a nie po prostu położony na półce i w razie wypadku nie stanie się swobodnie latającym po kabinie pociskiem. Trzeba tylko pamiętać o zabraniu go z samochodu…

Crossover

Jako się rzekło, Mini Countryman jest sporym samochodem, jednak wewnątrz nie czuje się nadmiaru przestrzeni. Kierowca siedzi dość daleko od przedniej szyby, niewysokiej i dość pionowej, co – wraz ze wspomnianymi lotniczymi przełącznikami daje wrażenie kabiny Spitfire’a. Fajnie i brytyjsko, ale pod światłami trudno obserwować wysoko umieszczone sygnalizatory. Z tyłu dwie osoby będą miały całkiem wygodnie, pod warunkiem jednak, że przednie fotele nie odsuną się zbyt daleko. Tylne siedzenie można też przesuwać, powiększając bagażnik. Niezbyt duży, za to wyposażony w sympatyczny gadżet: umieszczone pod podłogą miękkie siedzisko, które można rozłożyć na progu. Można więc podjechać pod klify Dover, dość wygodnie usiąść i rozkoszować się cup of tea wypatrując, co tam słychać na francuskim brzegu. Jeśli będzie go widać, naturalnie. Ale jeśli nie będzie, przynajmniej klapa bagażnika nie da zmoknąć.

Napęd

Thanks God, czy też Gott sei Dank, nikt nie wpadł na pomysł udziwniania napędu Mini. To wersja Cooper S, czyli dwa litry turbo, 178 KM i ośmiobiegowy automat. No i jeszcze All 4, czyli z napędem na cztery koła. Brzmi sportowo, i tak też jeździ. Do wyboru są trzy tryby: Green, czyli ekologiczny, Mid, czyli taki normalny i – oczywiście – Sport.

Pierwszy pomińmy, w samochodzie o sportowych aspiracjach i tak nie ma sensu. Mid to już bardzo sprawne poruszanie się, a pełnia możliwości w trybie Sport czyni z Countrymana samochód dający naprawdę bardzo sportowe wrażenia z jazdy. Reakcja na gaz jest na każdym biegu natychmiastowa, skrzynia działa bardzo szybko (można ją jeszcze „pogonić” łopatkami pod kierownicą, ale w normalnej jeździe nie ma takiej potrzeby), a zawieszenie nie pozwala na żadne przechyły i trzyma samochód przyklejony do drogi nawet w ciasnych zakrętach. Do tego idealnie precyzyjny układ kierowniczy o niewielkiej sile wspomagania. W trybie sportowym do przyjemnego mruczenia wydechu dochodzi jeszcze dźwięk otwieranego zaworu upustowego turbiny przy odjęciu. To akurat godny spadek po Mini Cooperze, małym samochodzie wygrywającym wielkie rajdy.

Podsumowanie

Teoretycznie wejście do tego świata bardzo brytyjskiego snobizmu kosztuje 150 tysięcy złotych. Jednak siła Mini tkwi w indywidualizacji: połączeniach kolorów, naklejkach, dodatkach. A że w standardzie wyposażenie jest bardzo ubogie, cena szybuje w górę jak Spitfire w pogoni za Messerschmittem. Dobrze wyposażony egzemplarz testowy to już 230 tysięcy złotych. Dużo, ale fanów brytyjskiego stylu życia nie brakuje i BMW na sprzedaż Mini nie narzeka. Z całą pewnością jednak nie jest to auto dla każdego. A ci, którzy wiedzą, jak prościutkim samochodzikiem było oryginalne Mini, o Countrymanie powiedzą, że jest „disgusting”. Lub też, cytując Jego Królewską Wysokość księcia Filipa, „ghastly”. Bo przecież nawet termosu z herbatą nie dodają.

Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: Paweł Bielak

Nasze pozostałe testy znajdziecie tutaj.


Jeśli podoba Ci się Overdrive i to co robimy, to możesz nas wspierać za pośrednictwem serwisu PATRONITE. Uzyskasz dostęp do dodatkowych materiałów i atrakcji. Dla wspierających fanów przewidujemy między innymi: dostęp do zamkniętej grupy na facebooku, własny blog na naszej stronie, gadżety, możliwość spotkania z naszą redakcją, uczestniczenie w testach. Zapraszamy na nasz profil na PATRONITE.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *