Krążownik Alabama. Mercedes-Benz GLE 400d – test

Przez dziesięciolecia amerykański przemysł samochodowy był najpotężniejszy na świecie. Zaspokajał wszelkie gusty, auta importowane nie były więc nikomu do niczego potrzebne. Nieliczne sprowadzane egzemplarze traktowano w kategoriach ekstrawagancji, niezbyt patriotycznej zresztą. Mercedes? Owszem, pisywano o nim w prasie fachowej. Ale przy markach takich jak Duesenberg, Auburn, Pierce Arrow, Packard, czy choćby szesnastocylindrowy Cadillac był zaledwie klasą średnią.

Jednak gdy w 1945 roku amerykańscy żołnierze wkroczyli do Niemiec, przekonali się, że „Jerries” nie tylko czołgi robią dobre. Żartowano, że przeciętny G.I. Joe zna cztery słowa po niemiecku: Mercedes, Horch, Maybach i Bi-Em-Dablju. Zdobyczne, kupione, zarekwirowane czy wyszabrowane samochody trafiły za Atlantyk. Wzbudziły uznanie, a że tamta część świata do normalności wracała szybko, wkrótce auta z gwiazdą zyskały w Stanach popularność. Były drogie, droższe od amerykańskich, uważano więc, że są symbolem statusu lepszym niż jakiś tam Lincoln. A gdy pod koniec lat sześćdziesiątych niemieccy inżynierowie zaatakowali świętość amerykańskiej motoryzacji, czyli silnik V8, okazało się, że niemiecka konstrukcja jest lepsza. Mniejsza, lżejsza, oszczędniejsza, za to szybsza. Można już było śpiewać „Oh Lord, won’t you buy me a Mercedes-Benz”. Mercedes został więc oficjalnie „zamerykanizowany”.

Mercedes ML

Koniec XX wieku to początek szalonej mody na SUV-y. Mercedes opracował dość dużego i luksusowego SUV-a, model ML, głównie z myślą o rynku amerykańskim. Nie bawiąc się w subtelności postanowiono po prostu wybudować dla niego fabrykę na miejscu, w Alabamie. Dzisiaj to już nie dziwi, wszyscy tak robią, ale wtedy, w 1997 roku, był to pewien szok. ML przeżył dość długo, w sumie produkowano aż trzy generacje tego modelu.

GLE następcą ML

Pod koniec produkcji ostatniej z nich nazwę zmieniono na GLE, jako element uporządkowania nazewnictwa całej gamy. Obecny GLE jest więc w pewnym sensie następcą ML-a, ale też i nim nie jest – to całkowicie nowy, opracowany od podstaw samochód. Owszem, zachował charakterystyczny dla ML-a kształt tylnych szyb, ale to jedyne nawiązanie. Od oryginału jest bowiem większy, cięższy, a przy tym jeszcze bardziej luksusowy. Żeby było śmieszniej, w ogóle nie jest produkowany w Niemczech – poza Alabamą GLE schodzi z taśm fabryk w Indiach, Indonezji i Tajlandii. Nikomu to jednak nie przeszkadza – to najlepiej sprzedający się SUV swojego segmentu, tylko w listopadzie w Niemczech sprzedano ich ponad 2200. A w USA jest to „Best Luxury SUV” – to coś znaczy, bo konkurencja jest tam wyjątkowo ostra.

GLE 400d – 330 KM i 700 Nm

Cóż zatem ma w sobie Mercedes GLE, że klienci ustawiają się po niego w kolejkach? Proste – wszystko, czego może oczekiwać tak zwany „target”. A grupą docelową są ludzie, którzy dobrze wiedzą, czego chcą, i mogą sobie na to pozwolić. GLE to bardzo drogi samochód. Ma też dużo silników do wyboru: benzynowe, diesle, hybrydy miękkie lub plug-in. Samochód testowy to model GLE 400d, z sześciocylindrowym dieslem o mocy 330 KM i imponującym momentem obrotowym 700 Nm, dostępnym od, uwaga, 1200 obrotów. To wystarcza, aby ten ponad dwutonowy krążownik wystrzelił od zera do setki w 5,8 sekundy. Ale, ale… tak szczerze, to nie jest to samochód do szybkiej jazdy.

Elektrohydrauliczne zawieszenie jest niewiarygodnie komfortowe, nie ma dla niego wystarczająco złej nawierzchni. Dlatego wystarczy sama świadomość, ze w razie czego można wcisnąć gaz, no, do połowy… resztą zajmie się dziewięciobiegowy automat. A najlepsze, ze niezależnie od trybu i stylu jazdy, GLE 400d pali dziesięć litrów oleju napędowego. W spokojnie przejechanej trasie z pewnością dałoby się zejść sporo niżej. Jaka natomiast byłaby górna granica przy jeździe bardzo dynamicznej albo w terenie, nie wiem i nie chcę wiedzieć. W terenie to zresztą za duże słowo – teoretycznie GLE poradzi sobie prawie wszędzie, programy zawieszenia przewidują nawet „recovery mode”, ale samochód terenowy w ścisłym znaczeniu tego słowa to absolutnie nie jest.

Luksus

Komfortowy, luksusowy – to słowa jak najbardziej na miejscu. Wszystko w tym aucie pomyślane jest pod kątem wygody kierowcy, tak aby po zajęciu miejsca za kierownicą poczuł się odizolowany od skrzeczącej na zewnątrz rzeczywistości. Każdy drobiazg można dostosować do własnych potrzeb i upodobań – od ustawianych na milion sposobów foteli, aż po panujący w samochodzie „klimat”. Tak, ustawienia klimatyzacji obejmują kilka predefiniowanych możliwości. Albo chłodzimy się „morską bryzą”, albo grzejemy wszystko co się da, włącznie z podłokietnikiem. Do tego odpowiedni masaż i delikatny zapach.

System audio Burmester w najlepszej wersji ma 25 głośników, w tym w podsufitce dla lepszego efektu surround. Nie ukrywam, że zdarzało się jechać do domu bardzo okrężną drogą… Powodów do narzekania nie mają też pasażerowie z tyłu. Siedzenia są sterowane niemal tak samo jak przednie, a miejsca wystarczy nawet dla osób o gabarytach ponad średnią. Opcjonalnie dostępny jest trzeci rząd siedzeń.

System multimedialny MBUX pomyślany jest bardzo intuicyjnie, menu łatwe w obsłudze, choć tak bogate, że w czasie jazdy lepiej go nie ruszać. Jedyne, co mi się nie udało, to rozmowa z samochodem inicjowana słynnym „Hej, Mercedes”. Milczał dostojnie, ale trudno – poradziłem sobie i bez tego. Zresztą, kto wie, co taki krążownik mógłby powiedzieć…

Podsumowanie

Wszystkie gadżety znajdujące się na pokładzie Mercedesa GLE są nie do opisania, trzeba długiej tabelki w Excelu, żeby je wymienić. Z tym, że egzemplarz testowy jest bogato doposażony. A to w chwilę podnosi cenę z 355 tysięcy do 520. I nie jest to szczyt możliwości. Komu mało, może wybrać wersję AMG 63 4MATIC+, która z tego poziomu nawet nie startuje. No i, oczywiście, Mercedes ma w ofercie jeszcze większy model, czyli GLS, dostępny nawet jako Maybach. Ale to już jest pancernik, a nie krążownik, lekki przerost formy nad treścią. Chociaż w Ameryce, oczywiście, dopiero GLS uważany jest za pełnoprawnego SUV-a. Jednak nawet dysponując nieograniczonym budżetem wybrałbym GLE. Jak na nasze europejskie warunki jest duży, ale aż tak bardzo nie rzuca się w oczy. A to oznacza, ze kupuje się go dla siebie, a nie na pokaz.

Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: Tomasz Dąbrowski

Nasze pozostałe testy znajdziecie tutaj.


Jeśli podoba Ci się Overdrive i to co robimy, to możesz nas wspierać za pośrednictwem serwisu PATRONITE. Uzyskasz dostęp do dodatkowych materiałów i atrakcji. Dla wspierających fanów przewidujemy między innymi: dostęp do zamkniętej grupy na facebooku, własny blog na naszej stronie, gadżety, możliwość spotkania z naszą redakcją, uczestniczenie w testach. Zapraszamy na nasz profil na PATRONITE.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *