Zwyczajne białe kombi. Test SEAT Leon ST Cupra

Chyba nie ma bardziej nudnego samochodu niż białe kombi. Z góry można założyć, że to jedno z tysięcy flotowych aut z przedstawicielem handlowym za kierownicą. Tysiące takich codziennie generują korki, a w soboty zajmują połowę miejsc na sklepowym parkingu. Właściwie to białe kombi są po prostu idealnie niewidoczne. Takim samochodem można napaść na bank i nikt go szczegółowo nie opisze.

No chyba, że… Chyba, że niepozorne białe kombi ma wielkie, pomarańczowe felgi, takież lusterka, a z tyłu podwójny wydech i groźnie wyglądający dyfuzor. Chyba, że za tymi wielkimi felgami skrywają się potężne tarcze i czterotłoczkowe zaciski Brembo, a z podwójnego wydechu dobiega basowy pomruk. Takie białe kombi jest tylko jedno – Seat Leon ST Cupra. Nawet nazwy Leon na nim nie ma – na tylnej klapie jest za to duży, rzucający się w oczy napis CUPRA. Doskonale czytelny dla wszystkich, których białe kombi właśnie wyprzedziło. Czyli dla zdecydowanej większości.

“Sleeper”

W istocie Leon ST to po prostu ładniejszy Golf i nie jest pierwszym wyborem fleet managerów. A Cupra to już naprawdę oferta dla koneserów. Ten samochód to klasyczny „sleeper”, czy też wilk w owczej skórze. Nikt nie spodziewa się, że tak zwyczajnie wyglądające auto może mieć 300 koni, napęd na cztery koła i możliwości rasowego samochodu sportowego.

Wnętrze

Wnętrze też jest całkiem zwyczajne: to doskonale znany z innych modeli koncernu VAG miks elementów. Ten sam duży i czytelny centralny ekran, te same cyfrowe wskaźniki z możliwością wyboru kilku różnych wzorów. No, nie do końca – w normalnej Skodzie czy Volkswagenie prędkościomierz nie jest wyskalowany do 300 km/h. Normalne wersje nie mają też genialnych, pokrytych alcantarą kubełkowych foteli. Trzymających rewelacyjnie, a przy tym wygodnych i dających poczucie całkowitego zespolenia z samochodem.

Wrażenia z jazdy

A samochód naprawdę trzeba wyczuć. Niby po uruchomieniu burknie sobie trochę głośniej, ale z parkingu wytacza się jak każdy inny. Za bramą lekko dodaję gazu i po chwili muszę już hamować przed skrzyżowaniem. Równie lekko naciskam hamulec i samochód staje w miejscu. Ale już po kilku kilometrach jesteśmy z Leonem w ogromnej przyjaźni. Wbrew pozorom to maszyna wcale nie tak trudna do ogarnięcia, szczególnie dla kierowcy z pewnym doświadczeniem. Owszem, trzeba pamiętać, że inni nie mają tak dobrych hamulców. To, że jadąc Leonem można każde hamowanie maksymalnie opóźnić, nie znaczy, że inni zdążą. Tak samo z przyspieszaniem – Leon nawet w podstawowym trybie Comfort spod świateł po prostu się katapultuje. Generalnie przez 90% czasu jazdy w normalnym ruchu wykorzystać da się może ćwierć możliwości samochodu.

Tryb sport czy Cupra?

Mimo to każdy kilometr w tym samochodzie daje ogromną przyjemność. Kiedy jest pusto, można dla czystej zabawy włączyć tryb Sport – skrzynia biegów sama przestawia się wtedy w położenie „S” i ciągnie do odcięcia. Robi się też głośniej. Co prawda wewnątrz ten dźwięk jest podkręcany głośnikami, ale na zewnątrz też słychać dużo więcej. Jest jeszcze jeden tryb – Cupra. Na drogach publicznych lepiej go nie używać. W tym trybie wszystko pozostawione jest w rękach kierowcy, elektronika – i tak dosyć łagodna – zupełnie przestaje reagować. Na szczęście Leon ma zawieszenie i układ kierowniczy, które godne są sportowych osiągów. Dają pewność, że samochód pojedzie tak, jak ja chcę, ale jeśli popełnię jakiś gruby błąd – nie wybaczą. Dlatego to zabawa na tor, nawet na pustej ulicy nie da się tego użyć. Poza tym utrzymanie dozwolonych prędkości jest, cóż, niemożliwe.

Sportowy czy użyteczny?

Żeby nie było – Leon nie traci absolutnie niczego z użyteczności normalnego kombi. Bagażnik jest duży i wyposażony w podwójną podłogę. Tylne siedzenia są wygodne i spokojnie można przewieźć rodzinę. W trybie Comfort, oczywiście. Nie dotyczy tych rodzin, w których wszyscy są petrolheadami. Babcia też.

To absolutnie genialny samochód. Mógłbym spędzić resztę życia jeżdżąc nim po całej Europie i od czasu do czasu zaglądając na jakiś tor, włącznie z Nordschleife. Rozsądek jednak natychmiast podpowiada, że nie jestem szejkiem naftowym – przy dość łagodnej jeździe Leon spalił ponad 11 litrów na 100 kilometrów. A przy ostrzejszej trudno zejść poniżej 12. Natomiast dłuższe zabawy w trybach sportowych powodują, że pali tyle, ile się wleje. Ale co tam, raz się żyje.

Podsumowanie

Zatem jeśli ktoś ma wolne 190 tysięcy oraz inklinacje do zaskakiwania ludzi – każda z zainwestowanych w tego Leona złotówek będzie dobrze wydana. Bo nic tak nie cieszy, jak objechane bez wysiłku BMW albo Audi. Tak też zresztą powinni nazwać ten samochód: Audi Killer. Ale jestem dziwnie spokojny, że tego nie zrobią.

Tekst: Bartosz Ławski,

zdjęcia: Paweł Bielak, Bartosz Ławski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *