Lepiej już było. Volkswagen Golf GTI – test

Postęp. Koło zamachowe cywilizacji. Tysiące lat jeździliśmy konno, a tu proszę bardzo – niespełna 150 i nie tylko koniom podziękowaliśmy, ale i w kosmos latamy jak po bułki do sklepu za rogiem. A dla motoryzacji ostatnie półwiecze to okres szaleńczego wręcz rozwoju. Tyle, że unowocześnianie za wszelką cenę może zaprowadzić w ślepą uliczkę.

Weźmy takiego Golfa GTI. Pierwszy jego model pamiętają już tylko osoby w wieku, powiedzmy, słusznym, bo ukazał się w roku 1976. Przez te 45 lat doczekaliśmy się już ośmiu kolejnych wariantów, a każdy był od poprzedniego lepszy, większy, mocniejszy – a co za tym idzie – szybszy. Pierwszy miał 110 koni z silnika 1.6. Obecny, ósmy – ma tych koni 245 z silnika 2.0 z turbiną. Jest też od podłogi po dach napakowany najnowocześniejszymi rozwiązaniami. I tu, z punktu widzenia użytkownika, pojawia się problem…  Golf GTI, wzorzec hothatcha, powinien wyróżniać się dwiema rzeczami: dobrymi osiągami oraz łatwą, intuicyjną obsługą. O ile pierwsze można wymusić, o czym za chwilę, o tyle drugie jest odwrotnością pojęcia „łatwe i intuicyjne”.

Multimedialna katastrofa…

W nowych modelach Volkswagena (i w niektórych pochodzących z innych marek koncernu) zastosowano zmieniony system sterowania multimediami i funkcjami obsługi. Zmieniony, oczywiście, na lepsze, znaczy przepraszam, nowocześniejsze. Zniknęły więc tradycyjne przyciski i pokrętła, teraz wszystkim steruje się dotykowo. Ani to łatwe, ani intuicyjne, tym bardziej, że system ma jakiś problem z prawidłowym, czyli szybkim, działaniem. Wywołanie odpowiedniego menu na centralnym ekranie trwa długo, o ile w ogóle działa. I tak na przykład wyłączenie systemu start-stop znajduje się w menu „podręcznym”, ściąganym z góry ekranu. W tym celu trzeba palcem „uchwycić” malutką kreseczkę i zjechać z nią w dół. Reaguje to z opóźnieniem, jeśli w ogóle. To samo dotyczy przewijania kolejnych ekranów i tak dalej… Z kolei regulacje temperatury i głośności umieszczono w dotykowych paskach pod ekranem. Trzeba po nich przejechać palcem, czyli trafienie od razu w pożądaną wartość jest praktycznie niemożliwe.

Podobne, gładzikowo – dotykowe (nie znajduję lepszego określenia) pola zastąpiły przyciski na kierownicy. Wystarczy więc przypadkowo przejechać po którymś, aby włączyć coś, czego akurat nie zamierzało się włączać. Niestety, to klasyczny przykład przesadzenia z nowoczesnością…  Domyślam się tylko, że to pomysł zrodzony z oszczędności – w końcu jeden ekran jest zdecydowania tańszy od kilku tradycyjnych paneli sterujących.

Wnętrze na plus

Szkoda, bo poza tym wnętrze Golfa GTI jest całkiem przyjemne. Fotele, oczywiście kraciaste, mają duży zakres regulacji i dobre podparcie boczne, sama kierownica zaś doskonale leży w dłoniach. Zastąpienie tradycyjnej dźwigni zmiany biegów małym przełącznikiem w niczym akurat nie przeszkadza. W przyzwoitych warunkach będzie też podróżować dwoje pasażerów z tyłu – na siłę da się wcisnąć też trzecią osobę, ale tutaj o wygodzie mowy już nie ma. Bagażnik nie powala pojemnością, 380 litrów to mocno średni wynik, ale jest ustawny a próg nie znajduje się zbyt wysoko.

To wszystko ważne, bo Volkswagen Golf GTI jest z założenia samochodem o sportowym charakterze, ale doskonale sprawdzającym się w codziennym użytkowaniu. Z tym sportowym charakterem jednak też nie wszystko do końca wyszło. Owszem, Golf GTI zawsze dobrze się prowadzi, układ kierowniczy jest precyzyjny i doskonale informuje o tym, co dzieje się z kołami. Zawieszenie jest twarde, takie ma być, ale trzyma samochód przyklejony do nawierzchni nawet w ciasnych zakrętach.

Niestety WLTP…

W trybie Sport to prawdziwe GTI, może nawet nie to, że zdecydowanie lepsze od poprzednika, ale równie dobre. Natomiast tylko w trybie Sport. W każdym innym górę bierze dostosowanie do normy WLTP, czyli – z 245 koni pozostaje może 150. Jakby pod maską było 1.5 TSI… Nie pomaga sztucznie generowane „sportowe” buczenie wydechu. Żeby mieć GTI, trzeba jechać w trybie Sport i tyle. Albo przedrzeć się przez menu i dostosować tryb Individual, choćby po to, żeby pozbyć się tego nieprzyjemnego buczenia.

Czy zatem warto…?

Może przesadzam, ale poprzednik, czyli Volkswagen Golf GTI siódmej generacji, sprawował się dużo lepiej. Oczywiście, było mu łatwiej, bo norma Euro 6d jeszcze go tak nie dusiła, ale w każdym trybie zachowywał się jak GTI. Mam nadzieję, że jubileuszowa wersja Clubsport 45, mocniejsza, bo trzystukonna, będzie jednak tym najprawdziwszym GTI. Bo ten zwykły to teraz w zasadzie tylko wersja wyposażenia.

Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: Paweł Bielak

Nasze pozostałe testy znajdziecie tutaj.


Jeśli podoba Ci się Overdrive i to co robimy, to możesz nas wspierać za pośrednictwem serwisu PATRONITE. Uzyskasz dostęp do dodatkowych materiałów i atrakcji. Dla wspierających fanów przewidujemy między innymi: dostęp do zamkniętej grupy na facebooku, własny blog na naszej stronie, gadżety, możliwość spotkania z naszą redakcją, uczestniczenie w testach. Zapraszamy zatem na nasz profil na PATRONITE.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *