Sedan (prawie) sportowy. Test Renault Talisman

Zdarzały się samochody, które – mimo że całkiem udane i lubiane – po prostu miały pecha. A że rynek nie wybacza, ofiara pecha płaci. Traci popularność i z rynku znika. Klasycznym przykładem takiego samochodu była Laguna. Konkretnie pecha miała Laguna II, w momencie debiutu auto bardzo nowoczesne – z kartą zamiast kluczyka, zbliżeniowym otwieraniem i wieloma innymi gadżetami. Jednak w Lagunach zawodziła elektronika, psuły się diesle i zdarzały się problemy z jakością wykonania. Błędy szybko wyeliminowano, ale łatka pozostała. W Lagunie III problemów już nie było, z samochodami nic się nie działo – tyle że mało kto chciał je kupować.

Koniec Laguny – Talisman.

W Renault nie wytrzymali i ogłosili: koniec Laguny, koniec epoki luksusowych liftbacków. Od nowego modelu będziemy jak Niemcy, będziemy robić prestiżowe sedany. Faktycznie, Renault zawsze miało w ofercie elegancki model pięciodrzwiowy, od 16, poprzez 20/30, 25 aż do Laguny właśnie. Ale słowo się rzekło i nowy model – Talisman – nie jest następcą Laguny, skądże, jest za to rzeczywiście prestiżowym sedanem. Dużym, eleganckim i rzucającym się w oczy. Śmiało atakuje pozycje okupowane przez Mercedesa E czy Audi A6.  Do tego wnętrze wykończone naprawdę wysokiej jakości materiałami i wypełnione po brzegi wszystkimi możliwymi dodatkami. Zaskoczyło – Talisman stał się samochodem równie cenionym, jak niemieccy konkurenci.

Silnik.

Trochę gorzej było z silnikami, najmocniejszy z oferowanych miał 200 KM z pojemności 1,6 litra. Ciut mało. Postanowiono zatem do Talismana włożyć silnik 1,8 TCe – znany z Megane RS czy Alpine. Tutaj ma „tylko” 225 KM, tyle co w Espace z tą samą jednostką. A jako że Talisman postrzegany jest bardziej jako samochód luksusowy, a w żadnym wypadku nie sportowy, wprowadzono wersję S-Edition, nazwijmy ją usportowioną.

Wygląd.

Wygląda nieźle – czarne jest tu wszystko – lakier, wnętrze, nawet felgi są czarne… no dobrze, grafitowe, ale na tyle ciemne, że różnicę w odcieniu widać tylko w słoneczny dzień. W środku jedynym chyba akcentem kolorystycznym są czerwone przeszycia na fotelach i kierownicy.  No nie, bez przesady, są też wstawki z ciemnego aluminium. I to chyba jedyne sportowe akcenty, bo reszta jest jak w każdym Talismanie. Miejsca jest naprawdę dużo, także z tyłu. Fotele są wygodne, regulowane w szerokim zakresie, mają też ogrzewanie, wentylację i funkcję masażu.

Wnętrze.

Charakterystyczny środkowy ekran ustawiony pionowo jest naprawdę duży i czytelny, a menu funkcjonalne i intuicyjne. Najważniejsze funkcje, jak sterowanie klimatyzacją regulowane są na szczęście przyciskami. Ekranu zresztą nie trzeba prawie w ogóle dotykać, bo większość ustawień można wywołać pokrętłem na tunelu środkowym. A używać trzeba go często, właściwie po każdym uruchomieniu silnika. Niezależnie bowiem od tego, w jakim trybie jechaliśmy, samochód automatycznie uruchamia się w trybie Neutral. Jeśli naszym ulubionym jest Comfort – za każdym razem musimy do niego wrócić. Tylko tryb Eco „uhonorowano” dużym, prawdziwym przyciskiem. Podobnie jak wyłączanie systemu Start-Stop. Tak więc po każdym odpaleniu trzeba: wcisnąć przycisk Multi Sense pod pokrętłem, wybrać ulubiony tryb jazdy, zatwierdzić wciśnięciem pokrętła, wyłączyć system Start-Stop (jeśli ktoś go – tak jak ja – nie używa). Pozostaje już tylko włożyć bieg i odjechać.

Wrażenia z jazdy.

No i tu już od pierwszych metrów coś mi nie pasuje. Pedał gazu ma dość duży jałowy skok i pracuje z wyraźnym oporem, prawej stopy trzeba używać w sposób dość zdecydowany. Kierownica chodzi ciężko a przy hamowaniu samochód staje się niestabilny – zjeżdżam na najbliższą stację do kompresora i dopompowuję koła do podanych na tabliczce wartości. Uff, zaczyna jechać. Ale nadal nie chodzi tak, jak oczekuję – tego typu samochód powinien reagować błyskawicznie na najmniejszy ruch przepustnicy, a ten jest trochę krowiasty. Traktowany dość ostro, szczególnie w trybie Sport, rzeczywiście jest szybki, ale zużycie paliwa natychmiast podnosi się do wartości dwucyfrowych. Na szczęście skrzynia EDC działa błyskawicznie i można pojechać w miarę płynnie, stabilizując spalanie na akceptowalnym poziomie. Jedyna wada to delikatne szarpnięcia przy dohamowaniu podczas wysprzęglania z dwójki na jedynkę.

Za to, po odzyskaniu pewności prowadzenia, można cieszyć się możliwościami systemu 4Control. Ta wielka, długa na 4,85 metra limuzyna potrafi prowadzić się jak autko segmentu B. W zakręty wpisuje się z dokładnością do milimetra, a gdy kierowca pozna działanie skrętnych tylnych kół i zaufa systemowi, żaden zakręt nie będzie źle przejechany. Z kolei przy parkowaniu tylne koła skręcają się w kierunku przeciwnym niż przednie, co znacznie ułatwia manewrowanie. Zawsze jest jednak coś za coś – system 4Control zajmuje dużo miejsca, a cierpi na tym – zbiornik paliwa. 45 litrów z rezerwą to naprawdę niewiele. Jadąc w długą trasę trzeba poznać lokalizację stacji benzynowych po drodze i obliczyć odległości między nimi.

Podsumowanie.

Talisman nie jest zatem samochodem bez wad. Można się jednak z nimi pogodzić, bo wszystko rekompensuje cena – wersja S-Edition z silnikiem 1,8 TCe i dodatkami to wydatek niewiele przekraczający 150 tys. złotych. Wobec konkurencji, która tak naprawdę nie oferuje wiele więcej – to oferta niemal dumpingowa. A że limuzyna jest naprawdę elegancka i bez wstydu można nią podjechać wszędzie, może być dobrym pomysłem na samochód prowadzony przez szofera. Z tyłu jest bardzo wygodnie, no i nie trzeba się zastanawiać, czy dojedziemy do najbliższej stacji. O to niech zadba kierowca. No i o przyniesienie kawy panu prezesowi…

Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: Paweł Bielak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *